wtorek, 19 marca 2019

WIOSNA z LSURF - promocja

🌸🌷PROMO🌞🐞🦋


Mamy dla Was wyjątkową wiosenną promocję - do każdego zakupionego karnetu na naukę windsurfingu otrzymujecie karnet o wartości 100 zł GRATIS.

Jak skorzystać z promocji?

1. Kup karnet na naukę windsurfingu - 5h do wykorzystania w sezonie 2019 - terminy nauki wybieracie sami.

2. Wybierz dla siebie jeden z wiosennych prezentów:
🌺 1h dodatkowego szkolenia gratis LUB
🌺 2h wypożyczenia sprzętu windsurfingowego gratis LUB
🌺 4h wypożyczenia SUP gratis.

Koszt karnetu 5h: 400 zł + wiosenny prezent gratis.

Promocja ważna tylko do końca tygodnia (24.03.2019).

Kup teraz
Napisz 📧: info@LSURF.pl


W cenie karnetu na naukę windsurfingu otrzymujecie: opiekę instruktora, wypożyczenie sprzętu, piankę, kamizelkę.
Nauka odbywa się w kameralnych grupkach (1-3 osobowych). Karnety do wykorzystania do 15.09.2019.


piątek, 22 lutego 2019

Cape Town - my love. Relacja z wyjazdu do Afryki Południowej.



W tym roku, na przełomie stycznia i lutego, spełniliśmy swoje wielkie marzenie. Po raz pierwszy w życiu postanowiliśmy nie jechać w ferie zimowe na narty, a wybrać się na windsurfing… Po raz pierwszy w życiu postanowiliśmy również opuścić Europę i wybrać się daaaaaleko na południe, aż do… RPA.

Problemy, problemy i papierologia
Wielkie przeprawy mieliśmy przed samym wyjazdem. Lot był na trasie Warszawa->Istambuł->Cape Town, a linie lotnicze (które wybraliśmy ze względu na warunki przewozu sprzętu windsurfingowego) postanowiły odmówić zabrania naszego sprzętu na 2,5 godzinnym locie Warszawa -> Istambuł, nie mając natomiast żadnego problemu z trasą 11 godzinną Istambuł -> Cape Town. Wiele dni i nerwów kosztowała nas ta walka i gdyby nie wsparcie polskiej obsługi na Okęciu, która była niezwykle pomocna, pewnie by nam się to finalnie nie udało. Wielkie podziękowania.

Z ważnych rzeczy, które absolutnie trzeba wiedzieć, odnośnie wyjazdu do RPA z dziećmi (gdyż nikt, gdy kupujesz bilety nie jest łaskaw Cię o tym poinformować), jest to, że aby wjechać z dzieckiem do kraju musisz mieć: akt urodzenia zupełny dziecka (w standardzie posiada się akty skrócone), musi on zostać przetłumaczony przysięgle na język angielski i potwierdzony "apostile" przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Dziecko musi również podróżować z obojgiem rodziców. Bez tego wszystkiego, już w Warszawie nie wpuszczą dziecka do samolotu!! Nie pomogą wówczas ani błagania, ani płacze! RPA jest jedynym krajem na świecie, który ma tak restrykcyjne przepisy i nie ma możliwości ich obejścia… Niestety większość rodziców dowiaduje się o nich, przyjeżdżając na lotnisko na 2 godziny przed odlotem i pozostaje im już tylko powrót do domu...  Mamy to szczęście, że mamy przyjaciela z RPA, który nas o tym poinformował, inaczej spędzilibyśmy ten czas nie pływając na desce, a płacząc w poduszkę w Polsce… Dokumenty dzieci były wielokrotnie podczas podróży dokładnie sprawdzane, a na lotnisku w RPA nawet zostaliśmy przeegzaminowani ze znajomości dat urodzeń dziewczynek...



Upragniony widok: Cape Town International Airport

Początki i odrobina historii
Wyjeżdżając z lotniska, kilka rzeczy od razu rzuca się w oczy. Przede wszystkim ruch jest lewostronny... trzeba się szybciutko na to przestawić, że na rondo wjeżdżamy w lewo, a patrzymy przy tym, czy z prawej strony nikt nie nadjeżdża, wsiadając do samochodu przez lewe drzwi nie spotyka się tam kierownicy... W niektórych samochodach kierunkowskaz jest nawet pod prawą ręką, więc od razu widać turystę, którego nie dość, że ciągle znosi do lewej krawędzi jezdni, to jeszcze przez skrętem włącza wycieraczki... 
Inną sprawą, rzucającą się od razu w oczy po wyjeździe lewym pasem z lotniska, są widoczne aż po horyzont osiedla tzw. "shacksów" - domo-szałasów zbudowanych z blachy trapezowej, w zasadzie jeden na drugim, z przerwami na sznurki do bielizny. Widok ten wywołuje dość ciężkie emocje. Widać, że tysiące ludzie żyją w kompletnie innych warunkach, niż jesteśmy sobie to w stanie w ogóle wyobrazić. Inną sprawą jest, że na wielu z tych domów są anteny satelitarne, niektóre szałasy mają widok na ocean, a pod "budynki" wjeżdżają całkiem współczesne samochody, co też stanowi bardzo kontrastujące połączenie. 
RPA jest to niesamowity kraj, obciążony ciężką historią. Niestety w Polsce, na lekcjach historii nikt nie wspomina o czasach Apartheidu, o segregacji rasowej ludzi, o tym, że za związek osoby białoskórej z czarnoskórą groziło kilkuletnie więzienie... że były wyznaczone strefy tylko dla białych... i że to wszystko jeszcze działo się w latach 90 XX wieku...

Osiedle "shacksów"


A jak było u nas?
Mieszkaliśmy w miejscowości Table View, tuż obok Cape Town, z przepięknym widokiem na Górę Stołową.


W tle Table Mountain...



Góra Stołowa jest niesamowitą górą, nie tylko ze względu na jej charakterystyczny kształt, ale też ze względu na zjawiska atmosferyczne, które można w jej bezpośrednim sąsiedztwie zaobserwować. Jeżeli nad górą pojawiają się kłębiaste, białe chmury, a wszędzie indziej jest słońce, znaczy że będzie moooocno wiało. Sprawdzało się to dosłownie za każdym razem. Jak tylko zaczynały gromadzić się kłęby chmur nad górą – wiatr zaczynał nieźle kuć. Najmniejszy żagiel, który zabraliśmy dla siebie to 3,7 i niejednokrotnie zdarzało się, że był on za duży.


Chmury nad Table Mountain

Spędziliśmy w RPA 3 tygodnie i trzeba przyznać, że warunków do windsurfingu nie było codziennie. Były też one bardzo skrajne. Jednego dnia super wieje na 4,7 i jest piękna fala, dzień później wiatr wyrywający z rąk żagiel 3,7, wypłaszczający ocean do poziomu jeziora. Innego dnia kompletny brak wiatru i upał. Warunki niesamowicie zmienne, z dnia na dzień diametralnie. Ilość spotów bardzo duża i teoretycznie „dla każdego coś miłego” natomiast można bardzo mocno się naciąć i w jednym miejscu ludzie będą pływać i mieć sesję życia, a Ty podejmując inną decyzję możesz trafić na kompletną klapę i spławik bez fal i wiatru. Ogarnięcie i decyzyjność trzeba mieć na prawdę nieźle opanowane.
My trafiliśmy na moment, w którym nie mieliśmy szansy zobaczyć, tych „cudownych, niepowtarzalnych fal”. Przez 3 tygodnie, tuż przed naszym przyjazdem, cała polska ekipa pływała w zupełnie innych warunkach, na wielkich falach, ale z mniejszą ilością wiatru, bądź nawet wiatru wiejącego z prawej strony, wraz z naszym przyjazdem taki warun kompletnie się skończył, ustępując raczej wiatrom zbliżonym do warunków w Pozo Izquierdo.

Co nieco o spotach…
Nasze dni zaczynaliśmy od sesyjek na jeziorku w Milnerton (3 minuty samochodem od naszego miejsca zamieszkania), na którym można był z resztą obserwować najlepszych na świecie freestylerów w akcji - dużo wiatru i płaściutka ciepła woda - idealne warunki do kręcenia tricków. Gdy tylko wiało Ola (9 lat) i Ewa (7 lat) ostro trenowały starty z wody, ślizgi, a także podejścia do rufy w ślizgu. Fajnie było patrzeć, jak z dnia na dzień następuje progress. Po tym wyjeździe jeszcze bardziej jesteśmy zdania, że w przypadku dzieciaków postępy są możliwe tylko, gdy mają one dopasowany sprzęt. Dziewczyny pływają na desce PULS Boards KIDS 90 (bardzo lekka konstrukcja o zminiaturysowanym dorosłym shapie, ale z rozstawem footstrapów dostosowanym do wzrostu młodego człowieka), głównie używają żagli Severne X3 (tutaj podziękowania dla Hydrosfera), które pracują zupełnie jak żagle dorosłe, generują super moc, a jednocześnie odpuszczają przy szkwałach.






Po południu był czas na pływanie „dorosłych”. Podczas wyjazdu pływaliśmy na wielu spotach. Można je podzielić na spoty „w mieście” i spoty „na wsi”, czyli po drugiej stronie góry (odległość ok 50 km).

My mieszkaliśmy „w mieście”, więc większość czasu spędzaliśmy po tej stronie góry.
Głównym naszym spotem była plaża Sun Set w Cape Town (z widokiem na Górę Stołową i z niesamowitymi zachodami słońca). Jest to spot, w którym wiatr pojawia się najwcześniej i wieje też najmocniej. Zdarza się zatem, że jest tu tak mocno, że nie da się już pływać i trzeba jechać dalej. Tutaj też zdarzyło nam się pływać z delfinkiem, fokami, pingwinkami i co poniektórzy twierdzą, że widzieli również rekina, natomiast o tym lepiej w ogóle nie myśleć, będąc w wodzie. Falki (jak są) dobre zarówno do lightowej jazdy z falą, zdarzają się też do skoków. Sympatyczne miejsce.

Stefan na Sun Set

Ania na Sun Set
Ola na Sun Set

Gdy za dużo wieje na Sun Set, trzeba jechać dalej. Najbliżej (kilka minut drogi) znajduje się Big Bay – dość mały spot, ale przy dobrych warunkach potrafi się zbudować bardzo fajna fala, jednak se względu na mały rozmiar jest to też bardzo zatłoczony spot.

Ania na Big Bay

10 km dalej mamy następne spoty Haakgat, a jeszcze kawałek dalej Melkbos. Tutaj mamy zdecydowanie mniej wiatru i zdecydowanie ładniejszą i czystszą falę.

Haakgat


Około 100 km dalej na północ jest jeszcze warty uwagi spot Paternoster – my do niego nie dotarliśmy, gdyż akurat nie wszedł warun, natomiast z opowieści słyszeliśmy, że to jest to miejsce, gdzie wchodzi ta fala idealna, na której można wieeeeele razy zawijać bez stresu, obok może płynąc druga osoba, dająca Ci wskazówki, a Ty będąc na fali masz jeszcze mnóstwo czasu, żeby się nad każdym swoim ruchem zastanowić. Tego niestety jednak nie widzieliśmy.

„Na wsi” natomiast byliśmy w dwóch miejscach:
Witsand – przepiękna plaża z cudowną lazurową wodą, falą bardzo fajną do skoków, jednak ma swój minus. Sprzęt trzeba znosić po schodach, z bardzo wysokiego parkingu na klifie, co gdy wieje, jest przekoszmarnie męczące.

Stefan na Witsand

Tuż obok jest też niesamowicie piękna plaża Scarborough, na której „poprzedni turnus” spędził mnóstwo czasu w epickich warunkach. Dla nas jednak warunków do pływania przez 3 tygodnie tam nie było, więc pozostało nam jedynie do chillowania i podziwiania widoków. Jest to jednak zupełnie inne miejsce niż miasto, zupełny spokój i inny, niezapomniany klimat.  

Scarborough

Scarborough

Zachód w Scarborough

W Scarborough zdarzyło się i tak, że Michał miał okazję testować wytrzymałość deski PULS Boards QS.92, wykonanej w Technologii Platinum (full Dyneema), przy zetknięciu ze skałami. Wynik testu: jak najbardziej pozytywny.

Testy wytrzymałości desek na skałach



Planując wakacje w RPA warto też wiedzieć, że wszystkie windsurfingowe spoty, które poznaliśmy znajdują się na Oceanie Atlantyckim, a to oznacza, że jest tam przeraźliwie zimna woda (ok.10-12 stopni). Standardowo używa się zatem grubej pianki, min. 5/3, żeby nie marznąć. Powietrze jest oczywiście bardzo ciepłe, więc daje to dość dziwne wrażenie - stojąc na desce i płynąc jest ciepło, ale stojąc w wodzie po pas, ma się wrażenie wbijających igiełek w stopy i postępującego efektu zamarzania. Drugi ocean, z którym graniczy Cape Town to Ocean Indyjski, tam woda jest zdecydowanie cieplejsza, można nawet kąpać się w samych kąpielówkach, są natomiast rekiny... w dużo większej ilości... Na plażach jest zorganizowany specjalny system ostrzegania, flag i efektów dźwiękowych. Wodę obserwuje Shark Spotter, który w przypadku zauważenia charakterystycznej płetwy ogłasza alarm.  My zatem preferowaliśmy jednak tą zimną wodę...

Gdy nie wiało, jeździliśmy też po surferskich plażach (np. Muizenberg z charakterystycznymi kolorowymi domkami), Kommetjie, gdzie przeżyliśmy chwilę grozy, gdy podczas zabawy dziewczyn w wodzie, jakieś wielkie czarne cielsko pod wodą płynęło rozpędzone prosto na nie. Nikt nie chciał powiedzieć słowa na "R"…, ale każdy miał je w głowie. Okazało się jednak, że to foczka, która bawiła się z nimi na tej samej fali. Surfować można też w Scarborough lub na Big Bay (tutaj Stefan odkrył radość z SUPowania po falach).

Muizenberg - kolorowe domki na plaży surferskiej
Muizenberg - surfing

Kommetjie: Na jednej fali z....

... na szczęście tym razem z foczką...
Big Bay - SUPujący Stefan


Poza pływaniem...

Gdy nie pływaliśmy, to zwiedzaliśmy. A naprawdę jest mnóstwo pięknych miejsc wartych zobaczenia.

W rezerwacie na Cape of Good Hope

Chappman's Road

Droga wykuta w skale

Surferska plaża Kommetjie

Suszone ryby w porcie Kalks Bay


Jedną z wycieczek była wyprawa do jaskini Woodstock Cave na Górze Stołowej. Dotarcie do niej nie jest takie banalne, gdyż nie są oznaczone żadne szlaki. Błądziliśmy więc po Górze Stołowej, co jakiś czas latając dronem i szukając, czy nie ma gdzieś wejścia do jaskini. Cała wyprawa trwała dobrych kilka godzin. Na szczęście dopiero potem zostaliśmy uświadomieni, że w okolicy dość często widywane są Cape Cobry... Gdy się jednak udało odnaleźć jaskinie, widok był tak nieprawdopodobny, że wiadomo, że warto było tyle czasu błądzić. 

Widok na Cape Town z Woodstock Cave. Photo: Jumek

Widok na Lions Head w drodze powrotnej z jaskinii
Dla nas niewątpliwymi atrakcjami były afrykańskie zwierzęta. Wprawdzie nie pojechaliśmy na Safari, natomiast czerpaliśmy wielką radość z obcowania ze zwierzakami - karmiliśmy z rąk żyrafy w Giraffes House, małpki w Monkey Town, a także oglądaliśmy uratowane z cyrków Lwy, które już niestety nie mogą żyć na wolności, natomiast spędzają starość wśród ludzi, którzy oddają im swoje serca. Na wolności widzieliśmy strusie, flamingi, delfiny, foki, pingwinki, z którymi można było pływać, a także niebezpieczne baboony (małpy), które włamują się ludziom do domów, plądrując kuchnie i niszcząc drzewa owocowe, komposty i śmietniki. W RPA mają nawet specjalną policję i „Baboon ranger’ów”, którzy pilnują, by małpy nie podchodziły do domów, a pozostały w dziczy. Byliśmy też w nieprawdopodobnych ogrodach botanicznych Kirstenbosch, ze ścieżką wśród koron drzew.
Zabawa w Monkey Town

Głaskanie małpki po brzuszku w Monkey Town



Pierwszy raz karmiłam z ręki żyrafę
Daj buziaka żyrafce

Foki, które przypływają do portu w trakcie sprzedaży ryb, zachowują się zupełnie jak psy.

Baboony na ulicy, szukające sposobu na włamanie się do samochodu

Kosz na śmieci zabezpieczony przed otwarciem przez Baboony
.
Wolnożyjące pingwinki w Simons Town

Będąc w Cape Town, nie można też nie odwiedzić Przylądka Dobrej Nadziej i najbardziej wysuniętego na południowy - zachód punktu Afryki. Wejście do parku jest nieprawdopodobnie drogie, natomiast widoki zapierają dech w piersiach. Podobno widoczna jest linia, gdzie mieszają się 2 oceany, my to jednak traktujemy jako legendę, bo bardzo mocno się przyglądaliśmy i żadnej takiej linii nie zauważyliśmy.











Spot Platboom na terenie Parku Cape of Good Hope. Wstęp płatny.



Bezpieczeństwo
RPA ma tragicznie koszmarną opinię, jeżeli chodzi o bezpieczeństwo turystów, jechaliśmy lekko przerażeni, czy nas nie zamordują, nie zgwałcą, albo nie potną, żeby sprzedać nasze organy. Nic bardziej mylnego. Są oczywiście miejsca, w które się nie chodzi po nocach samemu - ale jest to trochę tak, jak z warszawską Pragą - dziewczyna w krótkiej sukience, też nie jest tu bezpieczna sama o 3 nad ranem. Jak zatem nie szuka się celowo kłopotów, to one nie znajdują też Ciebie. Trzeba pilnować zasady, żeby nie zostawiać w samochodzie portfela, czy telefonu na siedzeniu. Nas absolutnie nic złego nie spotkało. Trochę upierdliwi bywają Ci, którzy chcą na siłę sprzedać na światłach okulary "rajbany" albo owoce, na parkingach usilnie pomagają Ci parking assistanci, jest też dużo osób żebrzących, natomiast da się do tego przyzwyczaić - najważniejsze, że nie stanowią oni realnego zagrożenia. 

Ciekawostka
Walutą obowiązującą w RPA jest rand i jest to niecałe 30 gr. Czadowe jest natomiast to, że na banknotach są wizerunki afrykańskich zwierząt: jest słoń, bawół,  jaguar itp.

Banknot 20 randów


Po 3 fantastycznych tygodniach nadszedł czas powrotu do domu, jest jednak jeszcze mnóstwo, mnóstwo rzeczy do zrobienia i zobaczenia w RPA, na które nie starczyło nam zwyczajnie czasu, środków lub pogody. Mamy nadzieję, że zaszczepiliśmy w Was chęci do wyjazdu, a sobie życzymy i mamy nadzieję, że uda nam się tam wrócić, bo naprawdę warto...